
Z sequelami filmów zawsze są problemy. Z jednej strony magia tytułu może przyciągnąć miliony widzów do kina, ale z drugiej część fanów może się obrazić, a oczekiwania krytyków mogą zostać niespełnione. Tym bardziej jeśli mówimy o kontynuacji obrazu kultowego, zaliczanego dziś do klasyki science-fiction, który w swoich czasach był filmem przełomowym. A do tego sequel ma swoją premierę po 28 latach.
Moje wymagania były z kolei obniżone. Przede wszystkim, jak to trafnie określił po wyjściu z pokazu mój kolega – jest to film dla nerdów. Wiadomo to było przed premierą, kiedy pojawiały się kolejne gadżety związane z filmem, ale wiadomo to było także każdemu, kto widział „TRON” z 1982 roku, który, oceniając dzisiejszymi standardami, także powinien zostać uznany za film dla nerdów. Rewolucyjny, to fakt, ale tylko od strony technicznej.

Fabuła jednego i drugiego filmu mają zresztą ze sobą wiele wspólnego. W pierwszym Kevin Flynn został zeskanowany i przeniósł się z naszego świata do wnętrza głównego komputera korporacji Encom, który był zarządzany silną, dyktatorską ręką przez główny program z ambicjami. Program chciał przejąć kontrolę nie tylko nad tą korporacją (którą już miał), nie tylko nad innymi korporacjami połączonymi w sieć, ale także nad światem. W tym celu chciał dobrać się do Pentagonu i Kremla. Flynn o tych planach nie wiedział, chciał jedynie zdobyć dowody na to, że szef korporacji ukradł jego programy i wykorzystał je, by wspinać się po szczeblach kariery. Walczył o ich zdobycie, a także o przetrwanie w wirtualnym świecie, którego sporą część sam zaprojektował – zwłaszcza różnego rodzaju pojazdy, wykorzystywane także w grach na automatach. W tym, rzecz jasna, kultowe już motocykle.

„TRON: Dziedzictwo” zaczyna się w roku 1989, od tajemniczego zniknięcia Kevina Flynna. 21 lat później jego syn, Sam, zostaje wezwany do dawnego biura ojca, w którym uruchamia ten sam proces, który spotkał tatusia w pierwszym filmie. Tyle tylko, że świat w którym wylądował jest zupełnie inny. I to nie tylko z powodu unowocześnionego wyglądu – nowy świat został od podstaw stworzony przez Kevina. Co prawda wykorzystał on fragmenty kodu ze swoich poprzednich dzieł, ale po drodze coś poszło nie tak i Flynn musi się ukrywać przez C.L.U. – dyktatorskim programem, który planuje… wydostać się do świata rzeczywistego i przejąć nad nim kontrolę. Brzmi znajomo?
Brzmi znajomo i wygląda znajomo. Gra może i się zmieniła, ale główne zasady pozostały te same. Dyktator urządza igrzyska, których uczestnicy walczą między sobą rzucając własnymi dyskami (tak, dalej noszą dyski, które zapisują całą ich historię, pamięć i doświadczenia), a w finale walczą na motocyklach zostawiających za sobą smugę światła, po zderzeniu z którą program ulega dezintegracji. Duże pojazdy latające także znane są z pierwszej części.
Rzecz jasna mamy także morał, trochę pseudonaukowych wykładów oraz przemówień motywujących. Jest ich jednak albo bardzo mało, albo są zwyczajnie w świecie przytłoczone przez to, co w filmie najważniejsze. Efekty wizualne i dźwiękowe. Film jest częściowo w 3D, co w scenach walk, pościgów i tym podobnych robi piorunujące wrażenie. Jednak nawet te fragmenty które są w 2D są zwyczajnie ładne. Współczesny „TRON”, z dominacją różnych odcieni niebieskiego, ale pojawiających się także innych kolorach, jest przepiękny. Widoki zdecydowanie przyćmiewają fabułę i odsuwają ją na dalszy plan. I to zarówno widoki w dosłownym tego słowa znaczeniu – panoramiczne ujęcia pokazujące miasto w całej jego okazałości, jak i sceny, w których oglądamy wnętrza (kryjówka Flinna – mistrzostwo), pojazdy, no i programy płci żeńskiej.

Jest rzeczą oczywistą, że Olivia Wilde wygląda bardzo dobrze, ale polecam też zwrócić uwagę na Beau Garrett. Pojawi się na ekranie kilka razy, ale miny i spojrzenia, którymi obdarza Sama Flynna w scenach w klubie są bezcenne. Zresztą sceny w klubie są chyba moimi ulubionymi – pod koniec pojawia się oczywiście walka, ale przed nią obserwujemy głównie popisy Castora (Michael Sheen) – delikatnie mówiąc (bardzo delikatnie) – ekscentrycznego właściciela lokalu. Obsadzenie w tej roli Sheena, który dał krótki, acz piorunujący popis możliwości aktorskich (albo to ja mam znowu obniżone wymagania, bo ostatnio można go było oglądać jako poważnego i złowieszczego wampira w „Zmierzchu”) było strzałem w dziesiątkę. Zresztą wszyscy aktorzy dobrze się spisali – że Jeff Bridges to wiadomo, ale młodzi – Garret Hedlund i Olivia Wilde również dają radę. A Wilde świetnie sobie radzi z graniem nieco drewnianego programu o obojętnym spojrzeniu.

O tym że klub jest świetny świadczy także ranga DJ-ów zatrudnionych przez właściciela. Wszyscy chyba wiedzą, że w filmie gra duet Daft Punk, a to właśnie w scenach w których stoją za konsolą dają pokaz w swoim starym stylu. W pozostałych scenach dominuje łączenie instrumentów smyczkowych z syntezatorami. Co nie wyszło źle – wręcz przeciwnie, rewelacyjnie. Soundtrack jest zdecydowanie mocną stroną filmu i walczy o tron z efektami specjalnymi. Pojedynek jest jednak trudny do rozstrzygnięcia, bo efekty prawdopodobnie nie robiłyby takiego wrażenia bez odpowiedniego podkładu muzycznego. Którego jest dużo – na 2 godziny filmu przez chyba jakieś półtorej możemy słyszeć w tle efekty pracy Daft Punk. Nawet jeśli wydaje się nam że sceny są podkładu pozbawione, i tak okazuje się, że w tle słychać jakiś stłumiony bit.

„TRON: Dziedzictwo” jest spijaniem śmietanki z pierwszej części. Nie jest już tak rewolucyjny – mimo że efekty wizualne robią piorunujące wrażenie, to 3D na szeroką skalę było wykorzystane już wcześniej (a równo rok temu premierę miał „Avatar”, który był kamieniem milowym w tej dziedzinie), a filmów w których jest więcej CGI niż ujęć kręconych normalną kamerą powstaje co roku chyba kilkadziesiąt. Nawet prawdopodobnie najbardziej niedoceniany efekt – komputerowe odmłodzenie Jeffa Bridgesa o jakieś 30 lat, to nic nowego – wcześniej Brad Pitt został zmieniony w staruszka na potrzeby „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”
Niemniej jednak jest to spijanie śmietanki w dobrym stylu. Kupując duży popcorn i nastawiając się na 2 godziny widowiska nie będziecie zawiedzeni. I nie będziecie mieli też problemu, jeśli o filmie „TRON” usłyszeliście dopiero w tym roku – znajomość tematu nie jest wymagana do świetnej zabawy. Fani pierwszej części, którzy nie są ortodoksyjnymi miłośnikami i akceptują postęp technologiczny też będą zadowoleni – twórcy wielokrotnie puszczają do nich oko.
Termin premiery został dobrany idealnie – „TRON: Dziedzictwo” to świetne, niewymagające myślenia i głębszej refleksji (mimo że twórcy udają, że jest inaczej) widowisko. W sam raz do obejrzenia gdy już wstaniemy od świątecznego stołu i będziemy domagali się jakiejś rozrywki. A do tego „TRON” ma tą przewagę nad „Avatarem”, że nie ma tam pro-ekologicznego przesłania, a twórcy wcale nie chcą, byśmy z seansu wyszli z wyrzutami sumienia. Mamy oglądać i się bawić.







0 Odpowiedzi do “TRON zdobyty”