
Wakacje dobiegają końca. Muszę przyznać, że z lekkim niesmakiem traktuje nachodzącą mnie, ostatnio coraz częściej, myśl o rychłym początku uczelnianej rutyny. Zaczynając ten przeszło trzymiesięczny okres zabawy, jak każdy, snułem wielkie plany na temat rzeczy, które zrobię, miejsc które zobaczę. Co z tego się udało? Jak to zwykle bywa – praktycznie nic.
Nie powinienem mieć wielkich oczekiwań, ponieważ lata doświadczenia, w marnowaniu wakacji, powinny już dawno wymusić porzucenie, podniosłych planów. Jednak czy ostatniemu krokowi wyjścia z tej ostoi wiedzy i cnot, nie towarzyszy ta sama myśl, to samo uczucie, co w czasie sylwestrowej nocy? Sami skazujemy się na rozczarowanie. Co gorsza, kończy się jeden okres, a już w mojej głowie pojawiają się jeszcze piękniejsze plany dotyczące nadchodzącego. Pewnie i w tym przypadku wszystko zakończy się w fazie projektu. Jednakże nie sądzę by warto było zaprzątać sobie głowę nadchodzącym niepowodzeniem. Dużo ciekawszych, a przede wszystkim, bardziej wartościowych rzeczy zdarza nam się zupełnie przypadkiem.
Na początku wakacji, zamiast uczyć się nowego obcego języka, czy poznawać historie Peru, tak nękanego przez lata przez kolejne pucze i kolejnych zbawicieli, za namową znajomej, pojechałem na wyścigi konne na Warszawskim Służewcu. Ginący sport, jawiący mi się jednie jako niedobity relikt przeszłości. Nie zdziwił mnie widok zniszczonych czasem i brakiem środków budynków oraz świecący pustką parking. Na miejscu garstka starszych panów ekscytujących się wyścigami. W końcu postawili 9 złotych na 2,4 i 6 w boksie. Zdziwił mnie za to anglik z rodziną, który zachwycony miejscem nie mógł uwierzyć, że to Służewiec nie jest stałym punktem niedzielnych wycieczek rodzinnych. 4 wyścigi, 40 złotych straconych na zakładach i do domu.
Prawdopodobnie nie wybrałbym się tam więcej, gdyby nie Wielka Warszawska. Nazwa, która z początku zupełnie nic mi mówiła, po krótkim dochodzeniu, okazała się najważniejszym wydarzaniem roku na warszawskim hipodromie. 26 września (odbywa się zawsze na przełomie września i października od 1895 roku). Pojechałem na Służewiec i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nic nie było takie samo. Sznur zaparkowanych samochodów ciągnął się już od samej bramy wjazdowej. Fale ludzi, w każdym wieku, wdzierały się przez bramki zalewając tę jedną z ostatnich ostoi zieleni w mieście. Nawet budynki w stylu okrętowym, zdawały się szlachetniejsze i bardziej zadbane w powiewie dawnej świetności.
Emocje były ogromne, bo i stawki zakładów były znaczne. Ludzie siedzący w loży honorowej krzyczeli w porywie euforii znacznie głośniej, niż goście pozostałych sektorów. Pewnie kilkadziesiąt lat temu byłoby to nie do pomyślenia. W momencie finałowego wyścigu o nagrodę Prezydenta miasta, poczułem atmosferę miejsca, która nie ustępowała tej ze stadionów olimpijskich czy piłkarskich. Czy po raz kolejny przekonałem się, że mieszkaniec Wysp potrafił docenić nasz potencjał, którego my prawie w ogóle nie zauważamy?
O koniach wiem niewiele. Właściwie nic. Wiem, że ułani w pierwszych dniach II wojny światowej szarżowali na nich na niemieckie czołgi. Ponoć z niezłym skutkiem. Wiem że ich zapach już z daleka daje poznać, jakie to zwierze znajduje się w okolicy. Nie chcę nikogo przekonywać by zainteresował się wierzchowcami czy wyścigami. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na fakt, który po raz kolejny udowodniły mi moje wycieczki, że stolica ma do zaoferowania cała masę alternatywnych rozrywek, które z niezrozumiałych powodów, nie cieszą się popularnością. Z pewnością głównym problemem jest brak środków finansowych1, ale jeśli ludzie nie będą odwiedzać takich miejsc jak służewiecki tor, pieniądze nigdy się nie znajdą.
Jestem przekonany, że czasem warto zrezygnować z kolejnego wyjścia do kina by spróbować czegoś nowego, nawet zupełnie spoza kręgu naszych zainteresowań. Wierzę też, że czasem warto zrezygnować z nierealnych planów i być otwartym na to co nam przyniesie życie, bo jak przed laty śpiewał Bob Dylan „ The Answer, my friend, is blowin’ In the wind”.
1 – w planach jest rewitalizacja obiektu, a Tor Służewiec ma już nawet profil na Facebooku – przyp. M.S.







bylo mi powiedziec ze idziesz to bys za mnie kwinte obstawil
Sieri wszyscy polscy pasjonaci hisori walcza z mitem o szarzach kawaleri na czolgi, a ty swoje…
sorry to nie sieri*
To klasyczna anegdota wyniesiona z lekcji historii. Nie napisałem o żadnych szarżach. Jednak oddziały ułanów faktycznie funkcjonowały w czasie II wojny światowej biorąc udział w walkach. Z czasem oczywiście zaczęto z nich rezygnować.
widze ze cie melancholijny nastroj ogarnol kiedy siedziales przy laptopie przypatrujac sie znajomym twojego brata , ktorzy „standardowo” spedzali swoj wolny czas przy alkoholu i konsoli . Ale txt fajny , Wyscigi konne to chyba jedno z nielicznych miejsc gdzie za 15zl mozna sie poczuc VIP’em
Muszę stanąć w obronie Karola – tekst podesłał mi znacznie wcześniej ;)
burzuje, za 15zl na wyscigi wchodzic, phi
najfajniejsze dziady sa na placu