Sex sells?

22 września 2010, Marcin Sierant

Ręka do góry kto nigdy nie widział filmu pornograficznego? Śmiało, rzućcie kamieniem. Prawda jest taka, że od oglądania filmów porno się nie ślepnie, ale można je za to wykorzystać w celach reklamowych -- w końcu mimo rumieńców na twarzy większość pozytywnie odbiera takie nagrania (nawet jeśli mimowolnie), a nie ma nic lepszego niż kojarzenie marki lub wykonawcy z miłymi rzeczami. Czyżby?

Roznegliżowanych panienek dzisiaj nie będzie, więc uprasza się o zapięcie rozporków (jeszcze się pojawią, obiecuję, tylko nie dzisiaj). Będzie za to trochę znanych marek, kilka ciekawych pomysłów i kilka kontrowersyjnych kampanii. Tylko co z tego wyszło? Dużo szumu, niewątpliwie. A co z wizerunkiem? Z wynikami sprzedaży?

Pornografia wydaje się być teraz modna. Po prawdzie to pornografia jest zawsze modna, tylko nie zawsze głośno się o niej mówi. Teraz jednak modne jest śledzenie na Twitterze gwiazd porno, posiadanie własnego bloga na którego wstawiamy stare, czarno-białe, zdjęcia nagich kobiet oraz oglądanie Vice Guide to Sex. Nagle okazuje się, że pornografia to niezły sposób na reklamę -- już nie erotyka, ale pornografia. Wzbudza większe zainteresowanie, a niedopieszczone dewoty i tropiciele afer z brukowców tak samo polują na zdjęcia modelek w bikini, jak i na hardcorowe porno. Jedno i drugie dobrze się pali na stosie, więc co za różnica.

Niewiele brakowało, a na taki stos trafiłby w latach 90. Calvin Klein. Dzisiaj takie spoty reklamowe zostałyby określone jako niewinne, ale wtedy młodzi modele występujący w czymś co wygląda jak casting do amatorskiego porno, pokazywani w normalnej telewizji, to było duże wydarzenie. Do tego w mniemaniu wielu zahaczało to o pedofilię. Że pedofilia to w USA ciężkie przestępstwo i łatwy sposób na zdobycie poparcia Polakom nie trzeba tłumaczyć, mamy jednego takiego ambasadora.

Dlatego też spoty wycofano z telewizji. To jednak nie wystarczyło i domy handlowe zaczęły wycofywać ubrania Calvin Klein Jeans, a pod butikami CK zbierały się protestujące i namawiające do bojkotu marki tłumy. Doszło nawet do tego, że sprawą rzeczonej pedofilii zajęła się FBI.

Spoty oczywiście pojawiły się w internecie i dzisiaj można je obejrzeć na YouTube, więc łatwo się przekonać, że FBI się raczej skompromitowało…

A raczej skompromitowało według dzisiejszych standardów. W końcu spoty te można obejrzeć w serwisie YouTube, który na pewien -- bardzo wybiórczy -- sposób jest strażnikiem moralności. Wiadomo jak to jest -- można przeklinać i używać przemocy ile wlezie, ale kawałka cycka już pokazać nie wolno, bo to demoralizuje. W Europie jest zresztą zupełnie odwrotnie i tam można machać biustem i kląć jak szewc, ale krwi to już pokazać nie wolno (zwłaszcza w Niemczech).

Tak naprawdę zresztą, wszystko zależy od tego w jakim humorze jest dana niedopieszczona dewotka oraz jaki materiał na aferę znajdzie na półce w Empiku pracownik (dziennikarzem to on bynajmniej nie jest) brukowca, który szuka czegokolwiek co zwiększy sprzedaż, cytowanie, a co za tym idzie -- poważanie naczelnego.

Inne czasy, inne metody szokowania. W 2006 roku marka Shai Wear reklamowała się w internecie akcją Sexpacking.com. Była to strona internetowa na której umieszczono trzy interaktywne filmy pornograficzne -- jeden z parą heteroseksualną i dwa z parami homoseksualnymi. Interaktywność polegała na tym, że gdy w trakcie oglądania najechaliśmy kursorem na jakąś część garderoby -- której z upływem czasu było na ekranie coraz mniej -- pokazywały się informacje o nazwie, dostępnych rozmiarach, wersjach i cenie. Filmy porno były zrobione profesjonalnie i choć nie miały chyba wysokiego budżetu, ich twórcy byli dość pomysłowi i mieli wyczucie, co zresztą można zobaczyć w materiale „making of”.

Marka Shai Wear dziś już jednak nie istnieje. Zniknęła kilka miesięcy po wspomnianej kampanii reklamowej, a dziś po wpisaniu hasła „shai wear” w Google w wynikach dominują serwisy z torrentami, Rapidshare i inne miejsca, w których można obejrzeć wspomniane filmy. Nie wiadomo, czy zniknięcie marki z rynku ma związek z zawartością jej strony internetowej, ale mimo interesujących starań nie udało się przetrwać.

Reakcja internetu nie była jednak negatywna -- jeśli były protesty, zostały wygłuszone przez inne reakcje bloggerów -- może nie było zachwytu, ale szok był połączony głównie z podziwem dla odwagi twórców. I takie były dominujące komentarze -- albo się podziwiało, albo się nic nie pisało, bo ciężko się pisze z jedną ręką pod biurkiem.

Mamy zatem Calvina Kleina który otarł się o lincz oraz Shai Wear, które wypadło z gry niedługo po szokującej kampanii reklamowej. Czy zatem za dużo seksu w reklamie grozi efektem odwrotnym do zamierzonego? Być może dlatego właśnie w 2003 roku Puma odrzuciła projekty reklam zaproponowane przez małą europejską agencję. Co nie spodobało się panom w garniturach spodobało się jednak znajomym i rodzinie kreatywnych marketingowców, więc w konsekwencji rozeszło się w świat pocztą pantoflową. I zrobiło furorę.

I znowu nie słyszałem ani protestów, ani oskarżeń o seksizm. Puma, oczywiście, z początku się od tego odcinała i groziła pozwami każdemu, kto takie zdjęcie publikuje, ale do dzisiaj nie słyszałem o żadnym procesie sądowym, więc chyba stwierdzono, że z internetem nie ma co walczyć, można na tym coś ugrać, a jakby ktoś się czepiał -- należy podkreślać że to fałszywki.

Fałszywką nie była jednak reklama Diesla z 2008 roku. Diesel celebrował wtedy 30-lecie istnienia marki. A właściwie to XXX-lecie. Z tej okazji postanowili wykorzystać w kampanii filmy pornograficzne. I rzeczywiście wykorzystali, tyle tylko że…

Jeśli jeszcze nie wiecie czym jest „SFW Porn”, to właśnie się dowiedzieliście -- agencja która wymyśliła ten spot dla Diesla nie była odkrywcza, a w internecie takich przerobionych zdjęć są tysiące -- głównie na stronie porn-sfw.com.

Która kampania jest najlepsza? Która była najbardziej skuteczna? Trudno jest uzyskać na to odpowiedź, ale podejrzewam, że Diesel poradził sobie lepiej niż Shai Wear, o którym prawdopodobnie wielu czytelników dowiaduje się dopiero ode mnie (ja sam o istnieniu takiej marki dowiedziałem się z filmu pornograficznego). Pytanie tylko czy to wynika ze sposobu wykorzystania hasła „porno”, czy bardziej z faktu, że Diesel jest znany na całym świecie… Seks pomoże zdobyć sławę, czy odwrotnie -- sława pozwala na wykorzystywanie seksu?

Rzecz jest na tyle trudna do ustalenia, że chyba trzeba się odwołać do muzyki i teledysków. A tam dopiero się dzieje… MTV po 23. jest dla grzecznych cip w porównaniu z tym, co można znaleźć w sieci. Ale to dłuższa i ciekawsza opowieść, więc na razie jak zwykły cham narobiłem apetytu i nie kontynuuję tematu. Przynajmniej przez chwilę.

Marcin Sierant, 22 września 2010, 10:37 / (Pop)kultura, Marudzenie, Polecamy / Tagi: , , , , , ,

0 Odpowiedzi do “Sex sells?”


  • Brak Komentarzy

Dodaj Komentarz

Connect with Facebook