
To co dzisiaj? Tommy czy Ralph?
Dzisiaj mały eksperyment – radosna twórczość Kuby, naszego kolegi i rówieśnika, na temat cotygodniowych zmagań z życiem. Trochę sobie podbudował ego, trochę zdemaskował, a trochę nakłamał i nagadał głupot. Czy miał rację, oceńcie sami.
Pogoda nieprzewidywalna. Jak założę sweter, będzie mi za ciepło, ale później pewnie będę go potrzebował. Użerać się z nim na początku wieczoru czy marznąć pod koniec? No i ten deszcz… jasne spodnie odpadają, a tak fajnie pasują do nowych brązowych butów. A może parasol? Albo coś z kapturem? A w ogóle to koszula czy fajny t-shirt? Trampki czy skórzane mokasyny? Kurwa, pół godziny temu miałem być pod rotundą…
Mam dziwne wrażenie że co weekend podobny monolog odbywa każdy z Was. No i po co? I tak zaczniecie pić na skarpie i w zasadzie już od tego momentu wszelkie kwestie odzieżowo-fryzjerskie przestają istnieć. Włosy popsuje Wam nadgorliwa koleżanka pogoda a wyprasowany kołnierzyk tak czy siak się pogniecie. Do tego w kiblu w krzakach nie ma lustra, więc pozostaje jedynie przeświadczenie że jesteśmy Fredem Aistarem stylówy. Posiedzicie tam przez jakiś czas, później podjedzie Straż Miejska i trzeba będzie się zwijać, albo chociaż zmienić miejsce. Jest to zazwyczaj moment przełomowy, chwilę później pada zbiorowe, mocno podekscytowane choooodźmy już. No to chodźmy…
Jakbyśmy się nie starali, i tak spotkamy się wszyscy pod Hotelem Europejskim. A później pójdzie już z górki, Kamieniołomy w których ze względu na kosmiczny jak zwykle ścisk nie wytrzymacie dłużej niż 20 minut (i nieśmiertelne „jak już wyjdziesz to nie wrócisz”), Zakąski gdzie wstąpicie na trzy szybkie lufy, krzyż pod którym to pokłócicie się o jego rację bytu, Bistro gdzie zatrzymacie się na kolejny trzy lufy i na koniec z czystej ciekawości HotL pełen 26-letnich karków kombinujących jak wydupczyć szesnastolatki. Ale spokojnie, podobną trasą w tą, z powrotem, na raty, z udziałem taksówki i okienka w McDonald’s, wykonacie tej nocy jeszcze kilka, jeśli nie kilkanaście razy.
Prędzej czy później dowodzenie zacznie przejmować mały Kuba. Wóda, testosteron, młody wiek. Trzeba działać, bo inaczej czeka nas powrót do domu taksówką przy dźwiękach radia Eska, które robi maraton z Edytą Bartosiewicz. A w domu to już tylko nawilżający krem do rąk pozostaje. Kiepska perspektywa.
Też wolałbym żeby to działo się tak po prostu, niestety takie rzeczy zdarzają się stosunkowo rzadko. W większości przypadków trzeba się dodatkowo schlać, wybrać jakiś obiekt zainteresowania, być czarującym i niebanalnym – może jakaś romantyczna opowieść o hodowli koni arabskich ojca – słuchać bzdur które będzie Wam opowiadała żeby w końcu otrzymać nagrodę. Chociaż jak uczą tegoroczne helowe legendy, ta ostatnia prosta również potrafi być kręta. Wówczas wracamy do punktu wyjścia i kończymy z własną prawicą. Strategie „zagubiony samotnik”, czy „melanżowy samiec alfa” i tak statystycznie działają najlepiej, więc najlepiej jest się ich trzymać.
Potem jest after w dzielnicy o której wcześniej nie słyszeliście. Twarda podłoga, brak poduszki i helikopter w głowie, ale jednocześnie sensowna nagroda. W przeciwieństwie do powrotu do domu, gdzie na miejscu czeka nas już tylko proza życia i nowe problemy…

Na tym afterze coś poszło nie tak
Co się stało z tym pieprzonym swetrem? Zostawiłem go w Kamieniach czy na afterze? Wiedziałem żeby go nie brać, w końcu i tak nie padało. O, kurwa, to miałem białe trampki. Ale nieważne, wyśpię się i będę martwić. Co?! Do niej też dzwoniłem? Trzy razy? Ja pierdolę.
No i po co?
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest zamierzone. Autor pragnął pozostać anonimowy, bo liczy na to że coś w ten weekend wyrwie.







0 Odpowiedzi do “One Night (Stand) in Warsaw”