
W miniony weekend Warszawa miała swój własny dwudniowy festiwal na wolnym powietrzu. Przeniesiony z Placu Defilad na obrzeża, z płatnymi biletami, miał się stać chyba takim naszym Coke Live. Na dorównanie krakowskiej imprezie większych szans nie było, ale to nie skreślało warszawskiego festiwalu. Przynajmniej w teorii.
Będąc dzieckiem nowoczesnych, zerżniętych z Wielkiej Brytanii, Belgii oraz Danii, festiwali, a przy okazji pamiętając zeszłoroczną imprezę, miałem swoje wymagania dotyczące Orange Warsaw Festival 2010. Nie będę recenzować koncertów, bo uważam że to nie ma sensu, a poza tym mam chyba uraz po szkole („w dniach 28-29.08.2010 uczestniczyłem w festiwalu…”, „moim zdaniem festiwal…”, itd.), natomiast skupię się na kilku być może mniej istotnych detalach, które wpływają na ogólny klimat festiwalu. Wśród nich są zarówno mocne, jak i słabe strony imprezy, wymieszane.
Bilety były tanie
Można narzekać, że rok temu było za darmo, dwie sceny, więcej wykonawców i w ogóle w centrum. Prawda jest jednak taka, że bilety na tegoroczną edycję festiwalu były tanie. Przynajmniej w porównaniu z konkurencyjnymi festiwalami. 2-dniowy karnet kosztował od 129 zł, a bilety jednodniowe – odpowiednio 59 i 99 zł.

Tyle tylko, że najtańsze bilety gwarantowały w zasadzie tylko wstęp na festiwal. Wiadomo było już od dawna, że pod sceną Orange Warsaw Festival będą wydzielone sektory, ale w praktyce okazało się być jeszcze gorzej. Za sektorami pod sceną znalazło się dużo wolnej przestrzeni (głównie za sprawą metrowego wału z ziemi, który jest na Torze Wyścigów Konnych zawsze), platforma dla niepełnosprawnych, wieża akustyków oraz ramię z kamerą, która krążyła cały czas nad głowami szczęśliwców którzy zapłacili trochę więcej, lub w odpowiednim momencie wybrali się do salonu Orange.

Nie powinienem może w tej kwestii narzekać, bo bilet miałem darmowy, ale jestem jednak bestią rozpieszczoną przez Ziółkowskiego i jego Alter Art, a także Live Nation, Go Ahead i kilka innych agencji eventowych które organizują imprezy na których da się oglądać nie tylko telebim, ale też to co się dzieje na scenie.
Było jedzenie, picie i papierosy
Na festiwalach organizowanych przez Alter Art Telepizza jest traktowana jako ostateczność. 15 złotych (5 kuponów) za małą pizzę to dużo, a często w budkach obok można znaleźć lepsze oferty. Na przykład karkówkę za 15 złotych. Na Orange Warsaw Festival 2010 też była karkówka z grilla, szaszłyki i różne takie. Ta pierwsza kosztowała w zależności od stoiska 25-28 zł, a szaszłyk – 30 zł. Wiadomo, Warszawa to nie Gdynia i takie są koszta, a na festiwal nie przychodzi się obżerać, ale niesmak mimo wszystko pozostaje. Telepizza jednak uratowała sprawę hot-dogami za 5 złotych. Cena jak na Statoilu, a przynajmniej głodny i zmarznięty człowiek mógł uzupełnić zapasy energii na dalsze koncerty.
Tanie były za to papierosy. Jakieś 6-7 zł, nie pamiętam dokładnie, bo nie palę. I zgadnijcie jakiej marki? Vice Roy. Być może British American Tobacco wzięło sobie do serca własną papkę dotyczącą targetowania poszczególnych marek – Vice Roy są kierowane do „dorosłych palaczy poniżej 30. roku życia”, w przeciwieństwie do Lucky Strike’ów, kierowanych do starszych.
Nie trzeba było wybierać między koncertami
Dzięki temu, że na OWF 2010 mieliśmy tylko jedną scenę, nie istniał problem pt. który koncert wybrać, bo chciałoby się na oba. Wybór miejsc w których można było spędzić festiwal ograniczony był do sceny, strefy gastronomicznej, toalet, namiotów TVN-u, Orange oraz Nokii, namiotu K-MAGa i być może innych miejsc, które przeoczyłem. No a przy okazji bilet był tańszy, bo koncertów mało.
Kamera na wysięgniku zasłaniała widok na scenę
Ale dzięki temu wszystkie koncerty będą nagrane i kto wie czy po skończonej transmisji z Placu Konstytucji nie będziemy mogli obejrzeć 1 stycznia o 1.30 koncertu Nelly Furtado czy Agnieszki Chylińskiej. A w takiej porze to może i nawet Courtney Love.
Było daleko od centrum
Ale organizatorzy i miasto (ZTM) świetnie sobie z tym poradzili – metro kursowało do 3. w nocy także w niedzielę, a z pętli Wyścigi co chwilę odjeżdżały tramwaje dowożące do Metra Wilanowska, Metra Wierzbno i wszystkich linii nocnych które miały po drodze przystanki. Niektóre kursy tramwajów były zresztą przez Śródmieście, do zajezdni „Praga”. Po drodze można też było zrobić przystanek w McDonald’s na roku Puławskiej i Wałbrzyskiej, który wydłużył godziny otwarcia.
—
Wiadomo, że taka impreza jest przedsięwzięciem komercyjnym i sponsorzy liczą na jak największy zysk, przy jak najmniejszym ryzyku. Stąd na przykład podział na sektory, dlatego jedna scena i mniej wykonawców niż rok temu. I nie zrozumcie mnie źle – nie było tragicznie. Koncerty, poza gadatliwą Courtney, były dobre, bawiłem się w zasadzie dobrze, a jedyną poważną przeszkodą były niskie temperatury. Bawiłem się jednak nieźle, bez poczucia że mnie organizator namówił na miłość od tyłu. Niemniej jednak w taki sposób Warszawa Europejską Stolicą Kultury nie zostanie.
Następny OWF mógłby być znacznie lepszy. Na Służewcu miejsca jest dużo, a mieszkańcy Warszawy są głodni wydarzeń. Tyle tylko, że kilka rzeczy należałoby poprawić. A może nawet dodać. No, ale to już zadanie dla organizatorów. O ile w ogóle odbędzie się Orange Warsaw Festival 2011…







Hmm to smutne ze tak wyszlo. Mnie osobiscie bawilo jak w TVN co chwile uzywano zwrotu „wielki powrot edyty bartosiewicz” ;).
pozdrawiam
Marcin