Piątkowy wieczór. Wszyscy znajomi, wliczając w to 17-letnią siostrę imprezują, a Facebooka okupują głównie maturzyści, którzy po całym dniu nauki nie mają już na nic siły i nie bardzo wiedzą co ze sobą począć. Zamiast dołączyć do nich, postanowiłem coś obejrzeć. Mogłem jak porządny człowiek obejrzeć coś w telewizji. Mogłem nadrobić zaległości w serialach, albo rozpocząć jakiś nowy. A wybrałem film klasy B. Lub nawet C.
Nie zrobiłem tego przypadkiem. Zaczęło się od tego, że Kwiatkowski podesłał mi trailer do filmu „Run! Bitch Run!”. Trailer wyglądał całkiem nieźle. Dużo dup, dużo cycków, lektor z obłędnym głosem… wyglądało trochę na robotę Rodrigueza – tzn. bardziej „Machete”, „Grindhouse” czy „Cztery Pokoje” niż „Mali Agenci”, „Mali Agenci 2″ lub „Mali Agenci 3D” (swoją drogą, do tworzenia tak skrajnie różnych filmów trzeba naprawdę mieć jakiś dar). Na początku myślałem zresztą, że to po prostu sam trailer – to ostatnio popularna zabawa. Kamery HD kosztują grosze, a Final Cut Studio można ukraść, albo znaleźć na uczelnianych komputerach.
Okazało się, że jednak nie. Sam trailer możecie zobaczyć poniżej, moim zdaniem naprawdę jest niezły.
Jest jednak i 90-minutowy film. Nakręcony przez amatorów, z niskim budżetem. Jak deklarują twórcy, jest to hołd oddany filmom typu „rape revenge”, do których należał m. in. oryginalny „The Last House On The Left”, wymieniany jako źródło inspiracji. Nie widziałem oryginału, jedynie remake z 2009 roku (swoją drogą, bardzo dobry, zdaje się, że w przeciwieństwie do oryginału), ale muszę stwierdzić, że pomysł na trzon fabuły „Run! Bitch Run!” jest w zasadzie mocno zerżnięty z tego filmu. W skrócie chodzi o to, że dwie niewinne dziewczyny trafiły przypadkowo w nieodpowiednie miejsce, jedna zginęła, a druga została mocno skrzywdzona i postanowiła się zemścić. A poza tym jest pieprzenie, cycki, gołe tyłki, strzelanie, mordowanie i dużo krwi.
Jest też Ameryka. Taka prawdziwa (zwłaszcza, że akcja dzieje się w latach 70.). Twardziele z małego, zapomnianego miasteczka gdzieś na południu w podartych jeansach i skórzanych kamizelkach. Obowiązkowo jest też złomowisko z nieco pokręconym właścicielem i upośledzonym pomagierem. No i bar-speluna, z grubym barmanem w białym podkoszulku (i skórzanej kamizelce!) i jego żoną, twardą kobietą z południa. I tak dalej…
W ogóle od strony wizualnej film bardzo mi się podoba. Obraz jest wystylizowany na taki sprzed 30-40 lat, kręcony analogową kamerą. Naprawdę przyjemnie to się ogląda. Przynajmniej dopóki nie włączymy dźwięku. Muzyka to naprawdę klasa B. Przez cały film przewija się w zasadzie jeden motyw muzyczny, niezależnie od okazji. Po pół godzinie miałem go serdecznie dosyć i naprawdę chciałem wyłączyć dźwięk. Zwłaszcza, że gra aktorska też nie powala. Wiadomo, amatorzy. Niemniej jednak niektórzy ludzie po prostu nie powinni zabierać się za granie, zwłaszcza blondynka grająca ofiarę, która zamienia się potem w kata. Chociaż, trzeba oddać sprawiedliwość niektórym – Ivet Corvea radzi sobie całkiem nieźle.
Generalnie jednak film jest kiepski. Krwi przelewa się tyle, że dość szybko przestaje szokować, nawet jeżeli pojawiła się na ekranie w wyniku odcięcia głowy, przebicia dłoni lub wbicia maczety w tyłek. Nie ma też strzelanin, wybuchających samochodów, ani nawet zwrotów akcji tak nierealnych, że aż głupich Wszystko dzieje się powoli, w spokoju, nie pozostawiając żadnego wrażenia. Nie szokuje, nie straszy, nie obrzydza. Mało tego, nawet nie śmieszy. Kiepski, nudny film – to chyba najgorsza kombinacja (są filmy klasy B, które są głupie, ale bynajmniej nie nudne).
Prawda jest brutalna. Jeżeli chcesz zrobić dobry zły film, musisz mieć pieniądze. W tym wypadku wystarczyłby sam trailer, film jest zbędny. Chyba, że lubicie soft porno z kiepskimi dialogami (prawie każda kobieta w tym filmie prędzej czy później się rozbiera).
Trzech pozostałych filmów wytwórni Freak Show Entertainment chyba nie obejrzę. Nawet jeżeli jeden z nich nazywa się „Nude Nuns With Big Guns”.
Trafiłem za to na film „Mega Shark Vs Giant Octopus” w którym wielki rekin rzuca się na lecący samolot pasażerski i go niszczy. Coś czuję, że długo nie wytrzymam i niebawem go obejrzę…







0 Odpowiedzi do “Pulp Fiction”