Sunny/Rainy

30 marca 2010, Konrad Kwiatkowski

Sunny

6:15 jeszcze chwila, przysypiam, budzę się

6:20, przysypiam,

6:30 wstaję.

Otwieram żaluzję, UFF słońce; dobra wiadomość. Dzisiejszy dzień nieźle się zapowiada, od razu mam wrażenie że więcej umiem na to całe kolokwium z mikroekonomii. Prysznic, śpiewam Loving You by Minnie Riperton (oczywiście tak żeby nikt nie słyszał). W co się ubrać? Niech będą jasnoszare spodnie i błękitna koszula. Na śniadanie smażę sobie naleśnika, smaruje go grubą warstwą marmolady wiśniowej i rozmawiając z psem jem na tarasie. Wychodzę na zewnątrz, samochód też jakiś taki czysty, wsiadam, nie irytuje mnie nawet Bajor z Mikołajem, którzy od rana drą japę w ramach swojego Porannego Wake up’u.

Na drodze też nie ma tragedii, o dziwo Pan w autobusie wpuszcza mnie przed siebie, mimo że wyjeżdżam z podporządkowanej (w tym miejscu proszę nie wtrącać żadnych uwag apropos mojego wyjeżdżania z podporządkowanych… dawno i nie prawda). Pani stojąca na sąsiednim pasie szeroko się do mnie uśmiecha. Stop, Bajor z Mikołajem przegięli pałę, odpalam zatem najnowszą płytę Crookersów; niech będzie Cooler Couleur ft. Yelle. Jest dobrze!

Pełen pozytywnej energii pobijam swój rekord na trasie Dom – Wydział Zarządzania. Jak się okazuje na miejscu, nawet są wolne te najlepsze zatoczki parkingowe. Wychodzę z samochodu i udaje się po Red Bulla, mijając ksero robię zadziorne spojrzenie w stronę pani w nim pracującej. Sala numer 222, Mikro! Face the truth, bitch!

Rainy

6:15 budzik, śpię dalej,

6:30 hmm przycisnę na trasie i dam radę…

7:00 K**** MAĆ!

Spokojnie, sprawdźmy co za oknem… leje! Stoję i gapię się w okno, szukam ręcznika i wlokę się pod prysznic. O nie, nie mam siły stać, siadam na podłodze i pogrążony w marazmie wystukuję opakowaniem od szamponu marsz pogrzebowy. Zakładam na siebie czarny t-shirt i bluzę.

Śniadanie, oczywiście w lodówce nie mogę znaleźć nic dobrego. I dlaczego ten pies na mnie skacze? Wyganiam ją na dwór. Wsuwam bułkę z serem i wychodzę do samochodu. Świetnie, nie dość że i tak jestem cały mokry, to jeszcze pies ucieszony na mój widok skacze i brudzi mi płaszcz.

Jadę, fuck ! tylko nie te kretyńskie żarty Bajora i Mikołaja, posiedzę w ciszy. Stoję stoję stoję, żaden pajac nie może mnie wpuścić, robią tylko głupie miny jakby mnie nie dostrzegali. Trudno, wymuszam pierwszeństwo. Buraki w autobusach (Ci którzy znają prywatne linie kursujące na trasie Karczew – Warszawa Centrum wiedzą o czym mówię).

Zatrzymuję się w gigantycznym korku, baba na sąsiednim pasie patrzy na mnie przeszywającym wzrokiem. O co jej chodzi?! A niech stoi, nie ma mowy, nie wpuszczę jej przed sobie… Jak się po pół godzinie okazuje, dwa samochody miały stłuczkę, oczywiście nic się nie stało, nie widać nawet rysy, ale te dwa jełopy musiały wezwać policję i zablokować cały lewy pas.

Dojeżdżam spóźniony na WZ, moja irytacja sięga zenitu, tymczasem ochroniarz mówi mi że nie ma wolnych miejsc. Coooo? Przecież mam abonament gwarantujący wjazd! Trudno, stanę na środku ronda i to już nie mój problem. Po drodze do sali 222 mijam ksero, pani przysypia. Mikro, ech oczywiście na początek rysunek Komparatywnej Nieefektywności Monopolu, myślicie że chce mi się to rysować? Pach, padam twarzą na stół, SPAAAAAĆ!

Konrad Kwiatkowski, 30 marca 2010, 9:39 / Marudzenie / Tagi: , ,

2 Odpowiedzi do “Sunny/Rainy”


Dodaj Komentarz

Connect with Facebook